Żelazna łyda

Jesienne treningi w tym roku z pewnością zapamiętam na długo. Przecież nie cierpię krosów, ale jednak zdeklarowałem się że będę pokonywał i poprawiał się na tych trasach. 

Już po kilku treningach widać różnicę. Choć krew gotuje się w tętnicach, mięśnie wiotczeją, a spod czapki pot dosłownie zalewa oczy, zaczynam czuć zapas sił, a chęć zatrzymania się na szczycie i odsapnięcia jest coraz mniejsza. Najbardziej podoba mi się podbieganie, gdzie każdy, nawet bardzo stromy podbieg atakuję coraz soczyściej i luźniej wybijając się w górę. Całe ciało zaczyna pracować jak sprężyna, i o taki efekt mi chodziło. Jedynie na zbiegach nie puszczam nóg – na mojej trasie zalega tyle liści, że nie chcę ryzykować.

Środowe i niedzielne krosy, to do końca roku fundament planu złamania 2:30. Drugim jest siłownia, na której podejmuję coraz większe ciężary, lecz nie mogę jeszcze mówić o regularności. Jest jeszcze trzeci, o którym piszę z pewną obawą, gdyż nie wiem czy dobrze „zwiąże” – ten fundament to zmiana techniki biegu.

Nie o sposób lądowania chodzi, a o pozyskiwanie, czy też nie tracenie energii, która została już wygenerowana. Przynajmniej część energii z wybicia można zmagazynować w mięśniach i ścięgnach podczas lądowania, ułatwiając wystrzelenie kolejnego kroku. Całe ciało bierze udział w tym sprężynowaniu, od palców stóp, aż po głowę i palce rąk. Zmiana miejsca lądowania staje się efektem rozluźnienia, a nie umyślnego celowania pierwej czubkiem buta w asfalt.

Łatwiej opisać, trudniej zrobić. Bo sprężynować można nawet z pięty, choć słabiej. Ale kto poczuje jak olbrzymi potencjał drzemie w pełnej sprężynie i ile traci się waląc piętą, ten połknie bakcyla i nie przestanie myśleć o tym i próbować dopóty, dopoki nie przytrafi się kontuzja, lub mięśnie łydek i ścięgno achillesa zaadoptują się do tej pracy umożliwiając osiągnięcie biegowego stanu nirwany. 

Rozpocząłem od przebieżek na koniec treningów. Później wprowadzałem pojedyncze odcinki kilkusetmetrowe i kilometrowe. Zacząłem przeplatać – 1km piętaszka, 1km – sprężyna. Łydki paliły żywym ogniem, achillesy się naciągały. Żmudnie wzmacnialem je na siłowni seriami wznosów z obciążeniem i rolowaniem. 

Teraz – po półtorej miesiąca jestem na etapie 1km pięta – 3km sprężyna i tak na zmianę. Gdy znów przechodzę na piętę, pierwsze łupnięcie w podłoże jest trudne do zniesienia, rujnuje harmonię i spokój, które nareszcie czuję podczas rozbiegań z wplataniem nowej techniki.