Biegaj w upale

Zbliża się lato, a wraz z nim wyższe temperatury i upały. Wysypują się porady blogosfery przestrzegające przed przebiegnięciem choćby metra bez bidonu z wodą izotonikiem na podorędziu. Przeczekać upał do wieczora, do rana (może w ogóle do następnej zimy?). Nie biegać. I nawet mnie to nie dziwi – nadmierny protekcjonalizm jest teraz w modzie. Co nie znaczy że się z nim zgadzam.

Przecież nikt (prawie) nie zamawia pogody na zawodach. Może się zdarzyć że będzie wiało, może też padać. Może być ślisko, błotniście, twardo i miękko. Nic to przecież dla nas – wszystko zniesiemy, trenowaliśmy w każdych warunkach. Tylko przed upałem chowaliśmy się w cień. A własnie na upalnych, letnich zawodach pogoda zbiera wśród biegaczy najokrutniejsze żniwa.

Jeśli wykonacie kilka treningów w upale, dacie szansę mózgowi nauczenia się lepszego zarządzania przepływem kilkudziestu litrów krwi w każdej minucie biegu. Z czasem jej część będzie sprawniej tłoczona w pobliże naskórka, który obficie spocony najwydajniej ją schłodzi. Więcej krwi pod skórą oznacza mniej krwi pompowanej do mięśni a więc – spowolnienie.. lub wyższe tętno. W upale zazwyczaj jedno i drugie – lecz warto znać swoje reakcje, nie doświadczać ich pierwszy raz na zawodach. U mnie tętno „leci” w górę nawet o 20 uderzeń w porównaniu do optymalnych temperatur w tym samym tempie. Czuję się jak jajko ugotowane na miękko, które za moment zetnie się na twardo. Wiem też, że w takim stanie mogę biegać i utrzymać zakładane tempo.

Nikomu nie wyrywam butelki z wodą z ręki. Ale co zrobicie, gdy na 30 kilometrze maratonu, na punkcie nawadniania zabraknie wody? Przejdziecie do marszu? będziecie pomstować na organizatora? zwolnicie? Dlatego zachęcam do zapoznania organizmu ze stanem odwodnienia, który może wystąpić w warunkach bojowych. Może nie od razu maratony o suchym pysku, ale przez godzinę biegu raczej nie umrzecie (a można się przecież opić i przed i po). Osobiście nigdy nie zabieram picia na treningi, jedynie jakąś monetę na ewentualny przystanek w sklepie.

Na koniec wcale nie mniej ważne – te przypiekające do czerwoności, wysuszające i wyczerpujące letnie biegi zachowuję w pamięci. Przepocone do suchej nitki ubrania, ślady soli na policzkach i pulsujące żyły na skroniach. Poprzylepiane do czoła muszki, które tragicznie zakończyły żywot utopione w pocie. Wszystko później wspominam podczas mroźnych treningi w okresie zimowym, po ciemku. Mocne wspomnienia pozwalają zupełnie oderwać myśli od przenikliwego chłodu. Enjoy!