SRT – na krawędzi

Ostatnio zostawiłem Was z niezbyt dobrymi wieściami o moim treningu. We wpisie wieje przemęczeniem na kilometr, a lampka ostrzegawcza „uwaga przetrenowanie” świeci się na czerwono. Tego dnia wykonałem 5 treningów – 2 biegowe, 2 rowerem, siłownia..

Przekonanie, że trenować trzeba bardzo ciężko jest zakorzenione głęboko w mojej świadomości. Może to efekt dziecięcych fascynacji bohaterami filmów fabularnych. Bohaterowie – everymani tamtych czasów, dorastający w zapuszczonych przedmieściach nigdy nie mieli łatwo. Musieli przejść przez jakiś proces fizycznego i mentalnego przeobrażenia. Pełen potu, krwi, potknięć i niepowodzeń, by stanąć do finalnej walki o wszystko.

Po wprowadzeniu do tygodniowego rozkładu jazdy rowerem (miałem jeździć spokojnie, ale prawie zawsze była to jakaś walka o średnią prędkość), Ilość aktywnych godzin w tygodniu wzrosła do ok 20. To sporo – i moje oczekiwania też były spore. Oczami wyobraźni widziałem strzelające w górę wykresy wydolności i szybkości, oraz wynikającą z takiego obciążenia nieograniczoną wytrzymałość. I srogo się rozczarowałem.

Jadłem co tylko się nawinęło pod rękę. Nawet nie próbowałem tego liczyć. Wciąż chodziłem głodny i zmęczony – prawie cały czas poza treningami był przesiedziany lub przeleżany. Skutkiem tego – mimo dużo większego nakładu pracy – wcale nie spalałem dużo więcej kalorii. Efektów można się domyślić – przemęczenie, wzrost wagi, spadek formy. Dotarło do mnie, że to co robię jest totalnie głupie – trenuję bardzo dużo i ciężko, a efekty zmierzają w stronę przeciwną do zamierzonej.

Zluzowałem chyba w ostatnim możliwym momencie (przetrenowanie nie trwa tak krótko). Dzień przerwy, następnie tylko łagodne rozbiegania. Odstawiłem rower i przerzucanie ciężarów na siłowni. Wróciła chęć do biegania i siły do życia. Kroki znów robią się coraz lżejsze.


Tytułowe zdjęcie z Biegu o Kryształową Perłę jeziora Narie. W tym roku startuję tam po raz trzeci 🙂