SRT – nokaut

Czterysetki w ubiegłą środę zwaliły mnie z nóg. Dosłownie. Do końca tygodnia ledwie żyłem. Czwartkowa wycieczka biegowa byłą drogą przez mękę – każdy krok trząsł palącymi z bólu łydkami, w których miałem wrażenie, że dźwigam zaszyte cegły. W piątek rano nie dałem rady wstać, w sobotę przekładałem pobudkę o ponad godzinę, a w niedzielę znów poległem w walce z budzikiem i przełożyłem biegania na popołudnie.

Mógłbym napisać, że 21km ze średnią 3:46 było ciężkie. Że zacząłem w lekkim deszczyku a kończyłem w tak gęstej ulewie, że w pewnym momencie nie mogłem już bardziej zmoknąć. I że wygrałem z tym żywiołem, dawajcie te lajki.

W rzeczywistości czuję się pokonany przez swój trening. Na samą myśl o czterysetkach odechciewa mi się biegania.


Tytułowe zdjęcie jest z sobotniego spaceru w Ptasim Raju. Na nim też bolały mnie nogi:)