SRT – dzień luzu

W poniedziałkowe popołudnie wyszedłem znów pobiegać. Wspaniała pogoda nie pozwoliła mi pozostać w domu, i pomimo zbitych na kwaśne jabłko mięśni, pomknąłem w stronę nadmorskiego deptaku. Z każdym kilometrem mimowolnie przyspieszałem – po trosze przez słońce, a trochę też uciekając przed wiatrem który z każdą minutę przybierał na sile.

W pełnej nieświadomości przekroczyłem tego dnia liczbę 20 tysięcy przebiegniętych kilometrów. Pokonanie połowy równika zajęło mi ponad 2 miesiece nieprzerwanego biegu w średnim tempie 4:36 min/km, na który wyszedłem niemal 1200 razy. Kiedyś planowałem zrobić z tego osobną notatkę z dumnym podsumowaniem, lecz porzuciłem ten pomysł. „Com nabiegał – nabiegałem”, a obchwalać się tym, co już zostalo przez Was docenione – nie wypada:)

Wieczorem odwiedziłem jeszcze siłownię, oraz saunę. Szczęśliwie trafiłem na seans, który potęguje wrażenia takiego zabiegu. Harmonijne ruchy wielkiego wachlarza posyłały w moją stronę fale parzącego powietrza. Na zmianę z lodowatym prysznicem i wraz z trzema litrami popijanej wody taka wizyta podziałała naprawdę kojąco.

Niemniej następnego (wtorek) dnia skapitulowałem i zrezygnowałem z treningu – zbite mięśnie błagały o litość. Maraton już za niecałe 2 tygodnie, więc usprawiedliwiłem lenistwo rozsądkiem i potrzebą regeneracji. Od początku roku mogę naliczyć 5 dni w które nie trenowałem, więc bez wyrzutów sumienia wróciłem pod kołdrę.

Dziś po południu interwały – 2x5km+1km na maksa. Nogi są wypoczęte, a mięśnie zregenerowane. Wiatr też ma swoje plany, ale bez niego, byłoby zbyt łatwo 😉