Trening na bieżni – relacja

Na siłownię jadę już przebrany w strój biegowy, ukryty pod kurtką i spodniami, by zaoszczędzić cenne minuty na niezdarnym przebieraniu się w szatni. Mam swoje ulubione bieżnie – najlepiej jak są nieco na uboczu. Wtedy szansa, że ktoś poczuje wymykającego się mimochodem bąka, jest mniejsza.

Stawiając pierwsze kroki na bieżni, próbuję wyczuć, czy taśma będzie się ślizgać przy większych szybkościach – robię to starając się nieco mocniej docisnąć stopę, jakby przyhamować. Gdy wyczuję poślizg, zmieniam bieżnię.

Rozpoczynam rozgrzewkę – zwykle od szybkości 12km/h. Gdy upływa wieczność, spoglądam na przebyty dystans – przebiegłem może z 200 metrów.. Przełączam sobie ekrany w zegarku, patrzę na tętno i staram się jak najdłużej nie zwracać uwagi na wskazania na monitorze. Ciekawość jest jednak silniejsza, więc wreszcie spoglądam.. I mam za sobą 350 metrów:| zaczynam bawić się w przestawianie prędkości co jakiś czas, tak, by po 2km zbliżyć się do docelowej prędkości akcentu – 15km/h. Stop – przyszła pora na wymachy, skrętoskłony, rozruszanie. Po chwili rozciągania, przystępuję do biegu.

Zaczynam od 15km/h. Biegnę. Biegnę. Biegnę. „Ależ nudno” – myślę. Na dworze można się rozejrzeć, ale tu – może się skończyć to utratą równowagi. Lepiej nie odwracać zbytnio głowy. Myślę o wszystkim – o E., o rodzinie, o treningu, blogu, pracy, problemach. Czy starczy mi do pierwszego, albo czy jest sens kupować kolejny biegowy gadżet. Tak mija pierwsze.. kilkaset metrów!

Zwiększam szybkość do 16km/h. Obawiam się, że to za szybko, ale – „przynajmniej nie będę się nudził” – myślę. Pomyłka – biegnąc jednostajnym tempem, nawet wysokim, można się wciąż nudzić. Można się zajechać, a i tak się znudzić.

Zaczynam zabawę z Matmą – obliczam, ile sekund zostało mi do pokonania bieżącego kilometra, albo w jakim czasie przebiegnę 10km. Ale to też wymaga wgapiania się w nieznośnie wolno zmieniające się wskazania pokonanego dystansu. Próbuję wsłuchać się w muzykę, i wyobrażam sobie jak do niej tańczę.

Mija 5km akcentu, wychylam łyk izotonika, nie przerywając biegu. Nie jest to łatwe, gdyż trzeba wstrzymać oddech, ale możliwe. Z pojenia urządzam żenującą zabawę „będę pił co 2km” w nadziei, że pomoże to w znużeniu. Niestety – czas wciąż płynie niezmiennie wolno. Tętno wyjechało już do „trzeciego zakresu”, czyli ponad 160 uderzeń na minutę. Zaczynam zastanawiać się nad tym, czy przekroczyłem próg zakwaszenia mięśni, czy nie. „Może nie, raczej nie” –  myślę.

7km. Piję. Zaczynam myśleć o skróceniu dystansu z 15 do 11-12km. Niestety walkę z motywacją przerabiałem setki razy, więc każde pytanie i każdą odpowiedź znam dobrze, i dyskusja z samym sobą przebiega błyskawicznie. W kółko, kilkanaście razy na minutę.

9km. Dodatkową rozrywką staje się ubytek farby na ścianie, o którym wysnuwam niestworzone historie. Czas płynie jeszcze wolniej. Stopy zaczynają parzyć.

11km. Piję. Nad ubytkiem farby dostrzegam rysę w ścianie, zamalowaną. „Ciekawe, w jakich okolicznościach powstała?” Fascynujące.

13km. Izotonik się kończy. Znów bawię się w matematyka, obliczając, ile będzie na sekundniku, gdy pokonam zaplanowany dystans. Powoli tracę czucie w stopach. Może to i dobrze, przynajmniej nie czuję, jakie są rozpalone.

14km. Ten dłużył się najbardziej. W niedoskonałościach ściany i układzie: „ubytek farby – rysa” próbuję dostrzec jakąś ukrytą zależność.

15km. Kooooniec!

Nie koniec. Zostaje jeszcze 2km wolnego truchtania. Dodatkowym tematem rozważań jest, jakże zajmujące, „jak bardzo się spociłem”

Prysznic po takim treningu to ekstaza. No i nie mam o czym myśleć, do końca dnia – podczas biegu przemyślałem już wszystko 🙂

Zdjęcie tytułowe przedstawia twarz wyrażającą zadowolenie z ciężkiego wysiłku 🙂