II Półmaraton Gdańsk – relacja

Zbiegam z mostu na trasie Słowackiego. To ostatnie nierówności na trasie półmaratonu. Dalej ma być tylko płasko. „Nikt mnie już nie dogoni, nikt, ale próbuję przyspieszyć” pomyślałem. Kilometr przed metą obejrzałem się za siebie. Ktoś goni kilkadziesiąt metrów za mną – „niedoczekanie Twoje” – przyspieszyłem, by nie miał cienia nadziei że czeka go łatwa walka. 500 metrów przed metą znów się obejrzałem.. i już ścigał mnie kto inny! „musi mieć niezły zapas sił, skoro wyprzedził poprzednika i teraz z każdym krokiem zbliżał się do mnie” myślę sobie. Strata miejsca na ostatnie metry przed metą, to rana, która się zabliźni, ale nie daje o sobie zapomnieć. Postanawiam nie oglądać się za siebie, dopóki nie minę mety.

Pobudka – 7 rano, „trzy godziny przed startem” – tyle wyrecytuje bez zastanowienia prawie każdy zapytany biegacz. Tymczasem wciskam drzemkę, i śpię 10 minut dłużej. Śniadanie – kawałek ciasta drożdżowego upieczonego przez E. Na dokładkę zjadam jeszcze sernik, a wszystko popijam dwoma kubkami kawy. Nie czuję przedstartowej adrenaliny – na tyle, że zapominam o uruchomieniu czeklisty, którą mam naszykowaną by przygotować wszystko na start. W ten sposób zapominam pulsometru, po który E. zawraca w połowie drogi do Amberexpo. Gdy tam docieram, orientuję się, że mój numer startowy ma kolor żółty, co oznacza wstęp do ostatniej strefy startowej. W punkcie informacyjnym upewniam się, że bez problemu mogę przejść do innej strefy, a kolor numeru startowego wynika z późnej daty zgłoszenia (podano tę informację na stronie organizatora). Wreszcie dociera E. ze swoim bratem, a ja zaczynam rozgrzewkę – nie mogę dołączyć do tej prowadzonej przez Skarżyńskiego, najpierw muszę trochę potruchtać, ale udaje mi się złapać jednym uchem kilka wskazówek. Kilka minut przed startem zaczyna się robić coraz tłoczniej. Jeszcze tylko start wózkarzy, i można odliczać ostatnie minuty. Jestem radosny, rozgrzany, mam ochotę tańczyć do rozbrzmiewającej, energetycznej muzyki.

„Uwaga..Start!” zabrzmiał komunikat, zakończony wystrzałem startera. Ruszam z 3 linii, prawie natychmiast.. ale „kurcze, co się dzieje? Biegniecie na 800 metrów, czy półmaraton?” zastanawiam się widząc tłum biegaczy, który nagle znalazł się przede mną. Po 200 metrach biegnę tempem ~3:35, a tłum wcale się nie przerzedza, ale gdy kilkadziesiąt metrów przed sobą dostrzegam baloniki na 1:20, robi mi się ich żal – za szybko! Na drugim kilometrze wyprzedzam cały ten peleton, przed sobą widząc już tylko plecy pojedynczych zawodników, których mam zamiar po kolei zmieniać. Na piątym kilometrze melduję się jako 28 zawodnik. Przede mną długa prosta Aleją Grunwaldzką, na której wyprzedzam 4 zawodników. Mijając znacznik dziesiątego kilometra jestem już solidnie zmęczony, i głośno sapię. Już wiem, że czeka mnie naprawdę ciężka walka o utrzymanie tempa, mimo to trzecie 5km pokonuję najszybciej – doping przez całą ulicę Chłopską jest naprawdę genialny, i wręcz frunę z bananem na buzi, mijając kolejnego rywala. Ekstaza trwa do momentu opuszczenia Przymorza – nagle robi się cicho, zaczynam odczuwać zmęczenie, a tempo spada. Krok już nie jest tak sprężysty, nogi napełniają się ołowiem, przemierzam ulicę Czarny Dwór. Kilkadziesiąt metrów przede mną biegnie kobieta, za mną chyba nikt. Wtem słyszę charczący, nieprzyjemny męski głos przechodnia:

Taki atleta, a biegnie na samym końcu

Zabolało. Nie to, że „na samym końcu”, nie poziom ignorancji, ale bezinteresowna złośliwość tej uwagi. Spinam się, aby nie odpowiedzieć, nie zniżyć się do tego poziomu. Ściska mnie w gardle ze złości, ale po chwili wypieram tę sytuację głowy. Przyspieszam, wbiegając na trasę Słowackiego, mijam ubiegłorocznego zwycięzcę, Joha Tanui, który schodzi z trasy. Kilkadziesiąt metrów dalej spotykam kolejnego zrezygnowanego, staram się go zmotywować, ale odpowiada mi, że zerwał mięsień. Podbieg na most przy PGE Arenie kosztuje mnie dużo sił, przede mną zostały ostatnie 2 kilometry. Dalej ma być tylko płasko. „Nikt mnie już nie dogoni..”

Nie oglądam się za siebie, ostatnie 200 metrów naprawdę boli. Dostrzegam E. z Bratem, wykrzywiam twarz próbując się do nich uśmiechnąć, i pędzę do mety. Dopiero na materiale wideo zobaczę, jak niedaleko za mną biegł kolejny zawodnik, i moje wzniesione w geście zwycięstwa ręce, mogły być wielkim Faux Pas. Na szczęście nie przegrywam tej walki, kończę wyścig z czasem 1:17:59, z poczuciem, że szybciej nie mogłem pobiec.

Ktoś wiesza mi medal na szyi, po chwili odbieram gratulacje od moich kibiców, którym dziękuję, jesteście kochani! Meta zorganizowana wzorowo, wszystko w taki sposób, by jak najpłynniej ukierunkować tłumy zawodników, które zaraz miały zakończyć swój bieg. Wolontariusze zachęcają do korzystania z masaży, posiłku regeneracyjnego, ktoś rozdaje czekoladowe cukierki, których nie jestem w stanie zjeść.

image

Półmaraton w Gdańsku oceniam bardzo dobrze. Począwszy od przejrzystej strony www i informacji przed startem, poprzez atrakcyjną, prawie płaską, i dobrze zabezpieczoną przez wolontariuszy trasę oraz wartościowych zawodników elity, do bardzo dobrze przemyślanej strefy mety, i wszystkiego, co dzieje się już „po”. Nie zabrakło też 2 rekordów Polski – rekord 40 latków w półmaratonie (1:06:56) ustanowił Radosław Dudycz, a Antoni Cichończuk z wynikiem 1:24:32 podniósł poprzeczkę 65 letnim biegaczom. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania pomimo prawie dwukrotnie większej niż rok wcześniej ilości uczestników. Cieszę się, że mogłem być częścią tego wydarzenia, czekam na rekordowy półmaraton za rok!

Edit: relacja wideo

  • Sebastian Zukrowski

    Gratuluje !!! i po cichu zazdroszczę 😉

  • Grzegorz Cholewiński

    Na szczęście zdecydowana większość super nam kibicowała. Kiedy podziękowałem za doping grającemu na bębnie (niedaleko przed ostatnim podbiegiem) ten odrzucił: „nie gadaj pan tylko lej” 🙂

    • Prawda – szczególnie na przymorzu ten doping był najmilszy:)