Interwały zaoczne

W minioną niedzielę nie byłem porannym biegaczem – okazałem się porannym leniem! Zamiast machnąć trening z rana o 7, wyłączyłem budzik, i przewróciłem się na drugi bok. Oczywiście to nie mogło się dobrze skończyć – miło było tylko w momencie ponownego wtulenia w poduszkę, po przebudzeniu kombinowałem, jak wetknąć w planie dnia półtoragodzinny bieg.

Do Brzeźna poleciałem około 15:30, by natknąć się na naprawdę zatłoczony nadmorski deptak – to była ostatnia niedziela wakacji:) Nikomu nie żałowałem miejsca, ale obawiałem się, czy dam radę kluczyć pomiędzy przechodniami z prędkością 17km/h. Uznałem, że to prędkość, która ze względów bezpieczeństwa kwalifikuje mnie jako rower, i to na ścieżce rowerowej piłowałem swoje kilometrowe odcinki, nierzadko wyprzedzając zaskoczonych rowerzystów. Przerwę w truchcie pokonywałem chodnikiem, by nie zakłócać ruchu:)

Sam trening „wyszedł” bardzo dobrze. Planowałem 8 odcinków w tempie poniżej 3:30min/km, a osiągałem czasy średnio o 8 sekund szybsze, nie zarzynając się zanadto. Już czułem, że na ostatnim tysiączku uzyskam nieoficjalną życiówkę na dystansie kilometra.. Ale ledwie wycisnąłem 3:18. Trochę zły na siebie, postanowiłem dołożyć kolejne 2 interwały, które pokonałem w 3:20 i 3:22. Pozwoliły mi poczuć solidne zmęczenie, ale zastanawiam się nad ich efektem.

Korzyść jest oczywista: większa siła bodźca, większe zmęczenie, zatem lepszy przyrost formy po regeneracji. Z drugiej strony, nie wiem, czy takie oszukiwanie organizmu, że „to już ostatni interwał” a potem dokładanie kolejnych, nie spowoduje, że w momencie, gdy na zawodach będę chciał włączyć „piąty bieg” organizm nie pozwoli na wykorzystanie pełnej mocy, zachowując rezerwy – nauczony takimi „zaocznymi” interwałami..