Hamowanie awaryjne

W zeszłym tygodniu w czwartek pobiegłem szesnasty dzień z rzędu bez dnia odpoczynku. Niby nic, ale jeśli dodać do tego treningi na siłowni, podczas których katowałem swoje nogi (górę ciała też) bezlitośnie (i bezmyślnie – za mocno) to nie dziwiłem się, że opadłem z sił. Tak rozpędziłem się w chęci trenowania, że nie nadążałem się regenerować. Musałem hamować, i to awaryjnie.

Zamiast dwugodzinnej wycieczki biegowej wyszedłem tylko na godzinne człapanie, a i to sprawiło mi trudność. Postanowiłem odpocząć jeden dzień, i piątek nie poszedłem biegać, a w sobotę i niedzielę wyszedłem jedynie na dłuższe rozbiegania w komfortowym tempie. Z radością poczułem coraz lżejsze nogi, spokojniejszy oddech i niższe tętno.

Niedzielne bieganie było dla mnie trudne z innego powodu – tego dnia w Gdańsku odbywał się Gdańsk Maraton. Starowało w kilku moich znajomych i ciężko było być tym nieobecnym. A kiedy przeczytałem czasy zwycięzców, musiałem przełknąć z żalu:) E i ja kilkanaście razy odpowiadaliśmy na pytanie: „Dlaczego nie startujesz” Wyboru martonu dokonałem na początku roku, a nie chciałem biec kolejnego po zaledwie 3 tygodniach odpoczynku. W tym wypadku nad lokalnym (pseudo) patriotyzmem zwyciężył rozsądek – zanadto cenię sobie możliwość swobodnego, długiego i szybkiego biegania, by całą siłę poświęcać na zawody, a resztę czasu na regenerację.

Na razie „łapię świeżość” Bardzo mnie kusiło, aby już w niedzielę zrobić jakieś interwały, ale ostatecznie zrezygnowałem, i postanowiłem mocny trening zrealizować dopiero w nadchodzącą środę. Najbliższy start dopiero w „Biegu do Źródeł” 6 czerwca, a czuję że zbliża się przypływ dobrej formy.