Orlen Warsaw Marathon

Za każdym razem kiedy pobiegnę życiówkę w maratonie, na mecie myślę „jeszcze nigdy nie byłem taki zmęczony” jednak w tę niedzielę pobiegłem mój szósty maraton, a te słowa nabrały nieznanego mi wcześniej znaczenia.

Do Warszawy wybraliśmy się z E. już w piątek. Po drodze na nocleg odwiedziliśmy jeszcze biuro zawodów w celu odebrania pakietu. Miasteczko biegaczy, i expo robiło wrażenie, zwiastowało zarówno skalę jak i poziom sportowy wydarzenia. Nie zabawiliśmy tam długo – byłem zmęczony podróżą, a poza tym miałem wszystko, czego mogłem potrzebować na bieg. Po zajęciu pokoju, wybraliśmy się jeszcze na kolację.. Ale wyżywieniu mam ochotę poświęcić osobny wpis;)

W sobotę wybrałem się do parku mokotowskiego na rozruch. Celowo nie zabrałem pulsometru, ponieważ spodziewałem się, że serce będzie biło już w startowym rytmie i nie chciałem się tym stresować. Biegło mi się nieźle, choć bez rewelacji, za to poświęciłem dużo uwagi rozciąganiu – po kilkuset kilometrach jazdy to była konieczność. Po powrocie i kąpieli ruszyliśmy do centrum spacerem na śniadanie, a następnie do parku Łazienkowskiego. Dzień był wspaniały – ciepło i słonecznie, i choć to koniec kwietnia, zarówno dla nas był to pierwszy dzień wiosny.
image

Nie udało się nam dotrzeć na pasta party, więc zjedliśmy makaron gdzie indziej – a wieczorem podjadłem jeszcze wafle ryżowe z miodem i dżemem. A! Do śniadania jak i na kolację popijałem sobie Vitargo, w ramach maksymalnego naładowania węglowodanami. Nawet nie wiem, kiedy zasnąłem, dobrze, że zawczasu nastawiłem budzik.

Trzy i pół godziny przed startem, o 6 rano, rozległ się dźwięk budzika. Prędko wstałem, ubrałem się, wypiłem Vitargo i ruszyłem na spacer, biorąc w rękę ryżowe wafle. Zabrałem też słuchawki, aby posłuchać motywującej muzyczki, nastawić się na maksymalny wysiłek jaki mnie czekał. Po powrocie szybko się spakowaliśmy, o czym ruszyliśmy SKM ką na start.

Biegacze byli wszędzie, a o 8 rano, przy Stadionie Narodowym, prawie nie było gdzie się rozruszać:) Oddałem worek do depozytu i rozpocząłem rozgrzewkę, ale na 10 minut przed zamknięciem depozytów, przypomniałem sobie, że zapomniałem zabrać z plecaka żeli! Na szczęście udało się je wydobyć. Trochę jeszcze potruchtałem, i wykonałem kilka przebieżek i wymachów. Na 10 minut przed startem pożegnałem się z E. i wszedłem do strefy startowej.
image

Start odbył się prawie z zaskoczenia, nie słyszałem wystrzału startera, po prostu wszyscy ruszyli. Tłum biegaczy mnie wyprzedził, ale na pierwszych 3 kilometrach nie przejmowałem się zbytnio tempem i pozycją . Dopiero od 4 kilometra włączyłem się do walki – i starałem się trzymać tempo 3:50. Aura nie dopisała – ciepło, z lekkim deszczem – gdyby nie opady, warunki byłyby trudniejsze. Biegło mi się całkiem możliwie, ale kiedy na na półmetku zanotowałem czas 1:22, i policzyłem, że musiałbym przyspieszyć do 3:44, aby osiągnąć 2:40 na mecie, poczułem rezygnację. Czułem już zmęczenie, a miałem jeszcze przyspieszyć? Mimo wszystko walczyłem i próbowałem biec szybciej, jednak nogi miarowo i nieubłaganie zwalniały. Zacząłem notować czasy 3:55 zamiast 3:44.
image

Starałem się nie tracić animuszu, i przebiegając zagadywałem o kierunek do mety, lub o to czy mogę przebiec na czerwonym świetle, uśmiechałem się do kibiców, i dziękowałem wolontariuszom. Mimo uśmiechu, psychicznie czułem się fatalnie, miałem wątpliwości, czy dobiegnę o własnych siłach. Pierwszy raz w maratonie zostałem wyprzedzony – przez 3 biegaczy, między 33 a 38 kilometrem. Wtedy byłem już pogodzony z wynikiem, i nie miałem siły walczyć, chciałem po prostu dotrzeć do mety. Ostatnie 4 kilometry, to bieg bólu – cielesnego i psychicznego. Nie mogłem przyspieszyć, trwałem przebierając nogami do mety.
image

Kiedy wolontariusz krzyknął mi, że do końca zostało 600 metrów, przyspieszyłem. Po lekkim podbiegu, zobaczyłem w oddali metę, finiszujących biegaczy, których bezskutecznie, romantycznie podjąłem próbę dopędzić. W łydkach czułem już pierwsze skurcze. Zbliżając się usłyszałem z daleka doping E. Prawie płakałem widząc na zegarze czas 2:44 i uciekające sekundy. Wrzeszcząc minąłem metę, kończąc z wynikiem 2:44:21, na 57 miejscu.

Jedyne o czym myślałem, to aby przemknąć przez miasteczko biegaczy biorąc prysznic, i wpaść w ramiona E, jednak nie było to takie proste – najpierw odbiór depozytu, następnie prysznic, do którego dowlokłem się ciągnąc za sobą worek po ziemi. Z ulgą wziąłem kąpiel, jęcząc przy każdym ruchu, ubrałem się w cywilne ciuchy i poszedłem spotkać E. Kiedy się znaleźliśmy, padłem w jej ramiona i rozpłakałem się. Dopiero wtedy do mnie dotarło, jak bardzo bylem zmęczony, i jaki wykonałem wysiłek, dopiero przez łzy odeszło całe to napięcie. Kiedyś czytałem, że płacz jest wyrazem rezygnacji w obliczu problemu. Za metą, w objęciach E. mogłem sobie rezygnować do woli.

Czy mogłem pobiec 2:40? Na pewno nie w niedzielę, nie byłem wystarczająco wytrenowany. Wprawdzie warunki pogodowe nie sprzyjały, ale gdybym był w lepszej formie, nie byłyby przeszkodą. Przeszacowałem swoje możliwości, nie chciałem przyjąć do wiadomości, że jeszcze nie jestem gotowy na pokonanie maratonu w takim tempie. Mimo to cieszę się z nowej życiówki – czas poniżej 2:45 to dobry wynik.

Dziękuję wszystkim za trzymanie kciuków i za doping. Nie mogłem uwierzyć w liczbę lajków na fejsie i słów wsparcia. Dziękuję za osobisty doping na trasie 😉 To wszystko daje ogromną siłę, i poczucie sensu tego, co robię. Dziękuję.

  • Gratuluję życiówki! Starałem się jak mogłem wesprzeć Cię na trasie. Przy tych warunkach pogodowych wynik 2:44 to dobry prognostyk na złamanie 2:40 w najbliższych startach.
    Kontynuuj robotę i już niebawem Zapukasz do naszej elity biegów długich…
    P.S.
    Następnym razem jak Będziesz w stolicy – zapraszam na wspólny bieg po Łazienkach 😉

    • Dzięki za doping na trasie. Fajnie biegło się ze świadomością, że na 7 i 35 km czeka mnie doping. Bieg był bardzo ciężki, i każde dobre słowo naprawdę pomagało:)

  • Pjotr

    Gratulacje! 🙂 Ja biegłem na dystansie 10 km. Maratony jak na razie wydają mi się nieosiągalne. Za rok, może dwa spróbuję. 🙂
    Pozdrawiam i zapraszam na przebiegly.blogspot.com