Być jak Rocky Balboa

Filmy z tytułowym bohaterem były tym, co porywało mnie w dzieciństwie. Utożsamiałem się z Rockym, pewnie jak większość chłopaków. Jego walki nie były porywające – po pewnym czasie amerykański styl wygrywania „łutem szczęścia” w ostatniej chwili, przestał mi imponować. Ale coś, co ( zresztą również w amerykańskim stylu :)) napędzało mnie najbardziej, to jego treningi przed walką

Akt treningu rozpoczynał się od mozolnej pracy, nic mu nie wychodziło, po kilku minutach takich zmagań, następowała przełomowa scena, zwrot akcji. Rockiemu coś się udało – i od tej pory następne treningi pokazywały, jak jego umiejętności, siła, technika były coraz lepsze. Wisienką powodującą dreszcze do dziś – na samo wspomnienie, były co jakiś czas powtarzane treningi z gruszką, w której coraz to lepiej i lepiej w nią boksował. Akt kończył się soczystym ciosem w gruchę, zsynchronizowanym z dźwiękiem bokserskiego gongu, rozpoczynającego walkę.

Dziś zakończyłem przygotowania do Orlen Warsaw Marathon. Wykonałem ostatni trening, o którym – odkąd trenuję – marzę aby wykonując go usłyszeć w głowie dźwięk gongu, świadczący o maksimum możliwego wytrenowania, a potem w relacji z treningu wysnuć paralelę do treningu Włoskiego Ogiera. Niestety nie jest tak wspaniale, rzeczywistość treningowa odbiega od filmowej – wprawdzie przeżywałem fazę solidnego treningu, z czasem coś zaczęło wychodzić. Jednak mam wrażenie, że maksimum mojej formy osiągnąłem na początku marca, a później nogi aż tak się nie kręciły. Zeszłotygodniowa czterdziestka, którą pobiegłem z rozmysłem pozostawiła ślad na kilka dni, nie pozbierałem się do czwartku, a w piątek dopadła mnie jakaś infekcja – dużo smarkania, bólu nosa i gardła, stan podgorączkowy. Naturalnie nie odpuściłem treningów, a na front walki wytoczyłem czosnek, cytrynę, miód, i leki objawowe. Jeszcze nie wyzdrowiałem, ale czuję się już lepiej.

Na ostatni trening znów wybrałem interwały. Planowałem 12-13x1km w tempie poniżej 3:30, z przerwą 3:30 w truchcie. na niektórych tysiączkach zmieszczenie się w czasie poniżej 3:30 kosztowało mnie sporo wysiłku. A przecież w lutym pobiegłem dychę w tempie 3:28! Dlatego dzisiejszy trening zakończyłem po 11 powtórzeniach, a na ostatnim nawet nie poczułem zwieraczy (czyli nie pobiegłem na makasa), nie czułem już woli walki.

Pozostały już tylko treningi regeneracyjne, choć w środę zaaplikuję sobie jeszcze jakieś sygnalne ilości startowego tempa, coby nie uśpić organizmu. Pomimo tych wszystkich „przeciw” nadal zakładam przelotowe tempo maratonu za tydzień na 3:47. 2:40 zostanie złamane!