Świecące oczy lisa

Tytuł jest taki sam jak we wpisie biegacza dookoła jeziora. Opisywał w nim min. wrażenia ze spotkania z lisem po ciemku w lesie

… JEGO OCZY w tej ciemnicy w świetle czołówki to było widok, który każdy zapamiętałby na całe życie.

Dziś czekał mnie kolejny kros w Gaju Gutenberga. Tym razem przygotowałem się na niego – wstałem o 3:30 i zaczałem się szykować. Oprócz normalnego biegowego stroju założyłem jeszcze czołówkę oraz okulary BHP. Moje doświadczenie z krosów jest takie, że  oczy lubią łzawić jak się pędzi z górki, a załzawione oczy nie dostrzegą istotnych przeszkód – korzeni, czy dołków. Przecieranie oczu jest trudne, ponieważ przez pewną chwilę nie widać nic i wtedy nietrudno o wywrotkę.

Tak uzbrojony ruszyłem w stronę Jaśkowej Doliny. Na miejscu standartowo rozgrzewka, trochę rozciągania ( i ociągania z rozpoczęciem :)) przed częścią właściwą. Wreszcie rozpocząłem – na początek na trasie jest lekki podbieg, następnie zbieg, a po nim dłuugi podbieg, na którym wypluwam płuca i miękną mi nogi:) Już podczas pierwszej pętli, kiedy zadowolony z mocy czołówki omiatałem teren na kilkadziesiąt metrów przed sobą, na linii wzgórza zobaczyłem wpatrzone we mnie, świecące oczy..

Struchlałem, ale nie zatrzymałem się, a oczy po chwili zniknęły. Oczywiście mój mózg „ułatwił sprawę” podsuwając makabryczne scenariusze takich spotkań. Że przecież to na pewno wielkie zwierzę które rzuci się na mnie z boku, albo z tyłu, kiedy nie będę patrzył.. Postanowiłem się nie przejmować i kontynuować trening, ale skłamałbym mówiąc, że się nie bałem. Bo bałem się jak cholera. Bardziej przejmowałem się lisem niż treningiem.

Przypomniało mi to czasy, kiedy jako 9 letni chłopiec zacząłem być wysyłany do piwnicy sam. Też się wtedy bałem, szczególnie kiedy trzeba było wyłączyć światło, a dojście do drzwi zajmowało chwilę. Z czasem dotarło do mnie, że te nieuzasadnione lęki mogę zwalczać.  Zacząłem przemagać się do pozostawania tam dłużej, do konfrontacji z własnym strachem, do nie uciekania od myśli które się wtedy pojawiały lecz do racjonalizowania ich. Po kilkunastu takich próbach zejście do piwnicy przestało być dla mnie problemem.

Byłem śledzony przez lisa przez większość okrążeń, stał zawsze na wzniesieniu, wyżej ode mnie, jakby wiedział, że wtedy wygląda straszniej. Pojawiał się i znikał, zawsze niespodziewanie, zawsze w innym miejscu. Umyślnie nie opisuję jak wyglądały te oczy. Ale zgadzam się, że jest to widok, który każdy zapamiętałby na całe życie:)

  • elter

    Na mojej pętelce mieszka stadko staren. Fajnie to wygląda. Najpierw pełno ślipiących iskierek. Człowiek myśli co za cholera. Parę kroków i kilka złamanych patyków bliżej i stadko robi rychły zawrót. Potem tylko podskakujące białe dupki:D Lisów u mnie nie ma. Kiedyś myślałem, że wreszcie lis ale jak mu przylutowałem z pełnej mocy z Nao to okazało się, że to kot:P Za to hasam czasem po Berlinie i tam w miescie pełno lisów się szlaja.

    • Hmm, to może ja też widziałem kota? Jak go spotkam następnym razem, też mu "przylutuję" z tikki r+. Mam tylko nadzieję, że po "lutowaniu" zostanie mi baterii na resztę treningu

  • Rok minął od czasu kiedy zrobiłem wpis o świecących oczach lisa. A dziś scenariusz się powtórzył – biegalismy z Michałem po poligonie w czołówkach, ale zamiast lisa widzieliśmy właśnie te podskakujące białe dupki.