XV Poznań Marathon – relacja

Chciałbym kiedyś przed maratonem czuć się jak uczeń dobrze przygotowany do klasówki – pewny że nic go nie zaskoczy, i płynący z tego spokój. Problem polega na tym, że na sprawdzianie nie można dostać lepszej oceny niż 6, a w bieganiu, jak czuję się pewnie, natychmiast rosną oczekiwania wynikowe, a wraz z nimi ryzyko przeszacowania sił i ostatecznie gorszego wyniku niż przed podniesieniem wymagań. Z tego wynika zarówno piękno jak i okrucieństwo dystansu maratońskiego – dla przeceniających swoje możliwości bieg kończy się męczarnią fizyczną i jeszcze gorszą psychiczną, rozważniejsi są niesieni euforią przez ostatnie kilometry. Jak było ze mną?

Sobota
Pobudka o 3:55 i jazda pociągiem do Poznania – chcieliśmy mieć z E. cały dzień w Poznaniu, aby nigdzie się nie spieszyć. Brat E., który gościł nas u siebie i opiekował się przez cały pobyt, czekał już na dworcu. Na początek odebrałem pakiet startowy – wszystko poszło bardzo sprawnie. Czip, koszulka, numer startowy, informator, gąbka i ulotki, a wszystko zapakowane w zgrabny plecak. Koszulka techniczna ładnie wykonana, nie za luźna, miła w dotyku – na pewno będę biegał w niej na co dzień – naprawdę wielki plus. O 10 rano nie było dużego tłoku na expo, pokręciłem się trochę, kupiłem napoje węglowodanowe i 2 żele energetyczne na trasę. Po krótkiej rozmowie ze sprzedawcami kupiłem kolejne dwa żele – przekonali mnie, że te które mam, mogą nie wystarczyć. Stwierdziłem, że zaryzykuję i przekazałem, że opiszę wrażenia na blogu. Jakub Czaja – jeden z przedstawicieli podsunął mi też rozpiskę kiedy które żele zjeść, i pomysł aby na kolację zjeść trochę krakersów, aby dostarczyć organizmowi sodu – zapamiętałem i wykorzystałem tę radę.
Wreszcie śniadanie. Moje drugie tego dnia ( po pobudce jajecznica z 3 jaj:)). Zjadłem 3, kanapki z twarogiem i serem, i 4 kawały ciasta, które E. Piekła specjalnie na wyjazd:) – węglowodanów miałem po uszy:) następnie pospacerowaliśmy w poznańskiej Cytadeli, która jest doskonałym miejscem na rodzinny spacer i relaks. Podczas obiadu również się nie ograniczałem – E. urządziła domowe pasta party – makaron razowy z warzywnym sosem – zjadłem 2 duże porcje:) Później zaczęła mnie boleć głowa i nie miałem ochoty wychodzić już nigdzie. Reszta dnia upłynęła nam na oglądaniu filmów, do których dodałem słone krakersy:) Głowa wciąż mnie bolała, czułem się ciężki i obolały i zasypiając zupełnie nie miałem pojęcia jak miałbym pobiec ponad 42 kilometry w zakładanym czasie.  Z tą pozytywną myślą zasnąłem.
Niedziela
O 6 rano zbudziłem się, po cichu zjadłem śniadanie i wyszedłem na spacer. Na dworze było jeszcze ciemno, a ja wciąż czułem się ociężały i bolała mnie głowa. Naprawdę nie miałem pojęcia jak pobiegnę ten maraton, a w myślach już szykowałem się na zderzenie ze ścianą, skurcze i dramaty. Wróciłem, zbudziłem moich kibiców, i ruszyliśmy w stronę startu. Na miejsce dotarliśmy po 8 rano i natychmiast przystąpiłem do rozgrzewki. Trochę potruchtałem, porozciągałem się. Czułem atmosferę zawodów a mój nastrój i siły poprawiały się z każdą chwilą. Miałem ochotę tańczyć tam i skakać.

Znajdź tańczącego biegacza:)

Apropos skakania – z przerażeniem przyglądałem się rozgrzewce prowadzonej dla biegaczy przez Panie z Fitnessu. Na początku ćwiczenia ok, ale jak zafundowały 5 minutowe podskakiwanie, pajacyki itd, czyli ćwiczenia obciążające łydki – (niepotrzebnie!) miałem ochotę im przerwać! Te łydki miały się spinać przez ponad 42 km biegu! Ehh.. Polecam poczytać o rozgrzewkach i wykonywać to samemu.

Wypiłem jeszcze kilka łyków wody, na ból głowy zjadłem witaminę I (ibuprom;)) i ulokowałem się w strefie startowej. Czułem się mocny, silny, gotowy? To miało się już zaraz okazać. Pozostało końcowe odliczanie i start!



Bieg

Nie wiem, ile osób wyprzedziło mnie na starcie – mnóstwo. Ja biegłem swoje – starałem się trzymać tempo 4:15 – 4:10. Po pierwszym kilometrze tempo wywiązała się dyskusja – zostałem rozpoznany przez biegacza z Gdańska. Spytałem na jaki czas biegnie „3:20!” usłyszałem w odpowiedzi. Inny biegacz dodał że też jest z Gdańska i biegnie na 3 godziny. „Chyba za szybkie tempo na 3 godziny” powiedziałem. Spytano mnie na jaki czas biegnę „2:48” odparłem, na co biegacz przede mną odwrócił się, spojrzał na stoper i powiedział: „chyba trochę za wolno jak na taki czas!” Odparłem tylko, że zachowam siły na końcówkę i biegłem dalej. Po 3 kilometrach przyspieszyłem do 3:59 i włączyłem tempomat:). Było mi lekko i przyjemnie – tętno w normie, niżej niż zazwyczaj na maratonach.

 

Na 6 kilometrze osławiony INEA stadion, pierwszy punkt odżywczy – wylałem na siebie 4 kubki wody i pomknąłem dalej. Nagle na zakręcie ujrzałem E. I brata – ich doping dodał mi sił i uśmiechu – od tej pory biegłem coraz bardziej uśmiechnięty. Trzymałem tempo, a kilometry zaczęły dość szybko umykać i musiałem uważać, aby nie biec zbyt szybko. Na poznańskiej dzielnicy Rataje znów kibicowała mi E. z bratem, tam też najwięcej ludzi wyszło z domów dopingować biegaczy. Uskrzydlony biegłem dalej, mijając półmetek w 1:24. I choć czułem zapas mocy, a serce biło względnie wolno, nie podpalałem się, zachowując siły. Na 30 kilometrze zacząłem powoli myśleć o szybszym biegu. Próbowałem biec po 3:55, ale na podbiegach nie walczyłem. Obawiałem się też skurczy, które dopadały mnie na każdym maratonie, czułem już w nogach przebyty dystans. Peleton w którym biegłem znacznie się przerzedził,a ja wciąż wyprzedzałem. Z każdym kilometrem bliżej mety doping był coraz lepszy, a ja biegłem z coraz szerszym bananem na gębie;)

41 kilometr biegu. Euforia! fot. M.Kryske, maratonypolskie.pl

Naprawdę! Na ostatniej dyszce kibice przeszli samych siebie – zespoły muzyczne, okrzyki, oklaski, wrzaski i piątki. Po minięciu 40 kilometra biegłem w totalnej ekstazie – tłum kibiców, nieopisana wrzawa i emocje – to wszystko tak mnie napędzało, że na ostatnim podbiegu nie zwolniłem, a wręcz przyspieszyłem. Wbiegając na metę czułem nieopisaną radość. Dla mnie stoper zatrzymał się z czasem 2:47:52.

Meta! foto: maratony24.pl

Po biegu

Odebrałem uściski i gratulacje od moich wspaniałych kibiców i ruszyłem pod prysznic. Po drodze mijałem długi na kilkadziesiąt metrów punkt dożywiania na mecie. Było tam chyba wszystko:) ja miałem jeszcze ściśnięty żołądek, więc nie skorzystałem. A co do prysznica – miałem okazję jako pierwszy skorzystać z jednego z kontenerów:) Po wszystkim udaliśmy się do restauracji, gdzie objadłem się dwoma daniami i piwem. Nie żałowałem sobie niczego i jadłem do oporu:) Wróciliśmy jeszcze na metę na losowanie samochodu, jednak nie zostałem wylosowany. Pozostało więc już tylko wsiąść w pociąg i pojechać do domu. (Na drogę oczywiście rogal świętomarciński:))

Z ukochaną E. Na mecie maratonu:)

TL,DR;

Po najwspanialszym póki co maratonie nabiegałem rekord życiowy 2:47:52, zajmując 30 miejsce w kategorii open, a 10 w wiekowej. Cały maraton przebiegłem bez żadnych problemów ze skurczami i bez zderzenia z popularną ścianą. Doświadczyłem super dopingu kibiców (zarówno tych własnych jak i poznaniaków) i po raz kolejny przekonałem się, że w Poznaniu świetnie organizują Maraton:)

  • Anonimowy

    Niezwykły! Gratuluję, po raz kolejny Twoja wytrwałość została ukoronowana. 🙂
    E.

  • Czytam Twoją relację i czuję się…..jakbym i ja tam była, jakbym biegła obok Ciebie i jednocześnie, jakbym stała razem z E wśród kibiców. A poza tym opisane z taką lekkością, polotem i wyobraźnią, nie odczuwa się ile tak naprawdę wysiłku, potu i samozaparcia trzeba włożyć w taki wynik.
    Na marginesie – mam takie pytanko…. – Ile to jeszcze talentów przed nami ukrywasz?

    • 🙂 Cieszę się, że miło się czyta, dziękuję:) A propos talentu – nie ma go wcale, tylko ciężka praca i poranne wstawanie. A jeśli dodać do tego pyszne i zdrowe gotowanie E. oraz trzymanie kciuków przez bliskich, to o postęp nie jest trudno:)

  • Tak, tak od początku świata wiadomo, że miłość dodaje skrzydeł 🙂

  • Wspaniały bieg i równie wspaniała relacja.