Czterysta metrów męki

Kiedy w książce Skarżyńskiego „Maratony i ultramaratony” autor zwrócił się do tej części czytelników,
która jeszcze nie miała do czynienia z wytrzymałością tempową i bardzo na nią czekała, słowami mniej więcej: „nie wiedzą, co ich czeka” uderzył u mnie w strunę, której dźwięk znam i lubię – Ambicja. Postanowiłem sprawdzić, czy te treningi są rzeczywiście takie trudne.

Czterysta metrów, biegane w tempie maksymalnym, na jakie nas stać na takim odcinku przesuwa granicę tego co trudne, i niemożliwe na nowy poziom. Każdy z ponad dwustu kroków tego odcinka muszę wykonać z pełną koncentracją na technice wybicia, unoszeniu kolan, pracy rąk i utrzymaniu częstotliwości kroków. Mniej więcej w połowie okrążenia mam dosyć. Zaczynam czuć mięknienie i charakterystyczne uczucie ciepła w mięśniach, chcę żeby już był koniec. Twarz wykrzywia się w brzydki grymas. Druga połowa trwa znacznie dłużej niż pierwsza, a umysł coraz głośniej podpowiada, że nie dam rady. Ostatnie metry to już bieg na obcych nogach, nie swoich. Nareszcie!

Czterysta metrów truchtu pozwala mi na względne dojście do siebie. Niby wtedy odpoczywam. Powoli nogi znów stają się moje, oddech wyrównuje się, znika dziwny wyraz twarzy. Głowa nie odpoczywa, bo wie, że za chwilę całą walkę trzeba zacząć od nowa. To jak Syzyfowa praca, tyle że kamień za każdym razem spada coraz niżej, ale trzeba go wtoczyć w tym samym czasie. Do każdego odcinka muszę odszukać coraz więcej pokładów silnej woli aby ukończyć go wystarczająco szybko. Walka z umysłem staje się coraz trudniejsza. Nie odpuszczam, wiem, że ciężko jest tylko teraz, że łatwiej jest mózgowi próbować mnie zniechęcić do treningu, niż rozkazać sercu, płucom i mięśniom pracę na granicy możliwości.

Ostatnia pętla musi być najszybsza, ponieważ jest ćwiczeniem finiszu na zawodach w sytuacji ogromnego zmęczenia, i chyba ją lubię najbardziej, jako jedyną część tego treningu. Cieszę się jak uda mi się ją przebiec sekundę szybciej niż poprzednie odcinki.

Człapanie do domu nie jest przyjemnością. Nogi są jak z ołowiu i naprawdę trudno ruszyć je z miejsca. A później wcale nie jest łatwiej, akcent zostawia swój ślad – podniesiona temperatura ciała, skurcze i sztywne nogi oraz wyczerpanie.

Dzisiaj wstałem o 3 rano aby się pomęczyć, standardowo na Ergo Arenie. Po dziesięciu odcinkach w czasie 72-70 (tylko pierwszy zajął mi 74) trudno mi się nawet uśmiechnąć, pomimo satysfakcji z wykonanego zadania. Mam za to nadzieję uśmiechnąć się w sobotę, na mecie zawodów:)