Biegiem z pracy – wycieczka i wspomnienia

Jaskrawozielone buty biegowe, dżinsy, bluza i wypchany plecak – w takim stroju wybieram się do pracy w każdy czwartek, jeśli pracuję na pierwszą zmianę. Na plecach noszę całą resztę biegowego stroju. Powrót z pracy komunikacją miejską zajmuje mi około godziny, na własnych nogach – zależnie od doboru trasy – od 90 do 120 minut. W obu przypadkach taki trening zajmuje znacznie mniej czasu wolnego niż bieganie z domu. Zostawiam w pracy cywilne ciuchy i plecak, zabieram je dopiero następnego dnia, ze sobą muszę wziąć kartę miejską, klucze i pieniądze. Tylko raz wybrałem się w przeciwnym kierunku – z domu do pracy, i kłopoty z przepraniem i wysuszeniem ubrania przekonały mnie, że nie był to dobry pomysł.

Wczoraj wybrałem dłuższą drogę. Krótsza, dwudziestokilometrowa trasa prowadzi wzdłuż zatłoczonej arterii, a potrzebowałem świeżego powietrza i dłuższego rozbiegania, więc zdecydowałem się na wariant drugi – o 4 kilometry więcej, lecz spokojniej, z dala od miejskiego zgiełku.

Wiało. Zimny, północny wiatr spowodował, że odczuwalna temperatura była bardziej zimowa niż wiosenna, i uprzykrzył mi oczekiwanie na określenie pozycji przez Garmina 620 i Motorolę Motoactv. Chciałem porównać dokładność GPS w tych zegarkach.

Sam bieg, pomimo wietrzyska, był dość przyjemny. Tempo 4:40 osiągałem bez wysiłku, noga dobrze podawała – może to wynik środowych czterysetek. Przemierzałem Faktorię w Pruszczu Gdańskim, Następnie wzdłuż rzeki Raduni dotarłem poprzez Gdańskie Lipce do Krępca. Na tym odcinku zawsze przypomina mi się pewne zdarzenie, które miało na nim miejsce:

Niespodziewana towarzyszka biegu:)

Otóż biegłem sobie spokojnie, racząc oczy otaczającymi mnie polami, słuchając muzyki z słuchawek. Naraz z boku zaczęła wyprzedzać mnie jakaś głowa! z rogami! wystraszyłem się, ale okazało się, że to tylko koza. Chyba powzięła sobie za cel uprzykrzenie mi treningu – wyprzedziła mnie i narobiła pod nogi bobków! Nie mogłem jej wyprzedzić, bo zabiegała mi drogę, a ja nie chciałem robić krzywdy zwierzęciu. Raz udało mi się podjąć próbę – ruszyłem ile sił w nogach przez kilkaset metrów, ale utrzymanie prędkości ok 3:05 min/km nie było wielkim wyzwaniem dla kozy – dla mnie przeciwnie:) Bieg powoli zmieniał się w dramat, a ludzie mijający mnie samochodami trąbili i uśmiechali się – zapewne byli przekonani, że to jakaś nowa moda, awangarda, takie bieganie z kozą. Mi jednak było coraz mniej do śmiechu. Koza wcale nie chciała odpuścić, a ja nie miałem pojęcia co z nią zrobić. Na szczęście po 5 kilometrach podjechał samochód który zabrał moją biegową towarzyszkę ze sobą 🙂

Jeśli Garmin dobrze szacuje, to będzie życiówka!

Z Krępca przyspieszyłem do 4:30 skierowałem się w stronę Oruni, Dolnego Miasta, następnie Grunwaldzką, na której zwiększyłem tempo o jeszcze 10 sekund. Do domu dobiegłem po 1 godzinie i 50 minutach. Trochę za szybko jak na rozbieganie. Na koniec niespodzianka – opcja „Pułap tlenowy” w Garminie pokazała mi wartość 60! W niedzielę biegnę 5 km w dzielnice biegają, więc nastawiam się na życiówkę!